Awersja w Tresurze Psów: Bolesna Prawda

Każdy, kto choć raz zagłębił się w temat tresury psów, prędzej czy później natrafi na pewne hasło, które w ostatnich latach zrobiło zawrotną karierę w mediach społecznościowych: "wszystko może być awersją". Brzmi rozsądnie, prawda? Niemal filozoficznie. Problem w tym, że za tą pozornie mądrą sentencją kryje się coś, co warto dokładnie rozebrać na czynniki pierwsze.

Zanim jednak przejdziemy dalej, warto zaznaczyć jedną rzecz: narzędzia awersyjne działają. Tak, dokładnie tak. Dławiki, obroże elektryczne, kolczatki – wszystkie one skutecznie eliminują niepożądane zachowania. I właśnie dlatego są tak kuszące. Tylko że "skuteczne" i "bezpieczne" to dwa zupełnie różne słowa.

Rottweiler, samochód i złudzenie sukcesu

Wyobraź sobie psa, który rzuca się na przejeżdżające samochody. Klasyczny problem, który pojawia się regularnie na konsultacjach behawiorystów. W pewnym stylu tresury rozwiązanie wygląda tak: pies na dławiku, ustawiony przy ruchliwej ulicy, rzuca się na auto, dostaje mocne szarpnięcie, kwili z bólu. Powtarzamy kilka razy. Po sesji pies siedzi spokojnie przy krawężniku.

Widzowie takiego filmiku widzą sukces. Pies przestał się rzucać. Trener tryumfuje. Tylko że osoba znająca choć podstawy etologii zauważy coś zupełnie innego: skulone uszy, spięte ciało, wzrok uciekający w bok, ciężkie dyszenie. A w końcu – pies po prostu się kładzie. Nie dlatego, że przestał się bać samochodów. Dlatego, że nauczył się, że jakakolwiek reakcja kończy się bólem. To zjawisko opisał już w latach 70. ubiegłego wieku Martin Seligman – wyuczona bezradność. Psy, które nie mają wyjścia z sytuacji generującej ból, w końcu przestają w ogóle próbować. Leżą i przyjmują. To nie jest spokój. To rezygnacja.

Kaszel kontra zapalenie oskrzeli

Jest pewna analogia, która doskonale tłumaczy różnicę między obiema metodami pracy. Wyobraź sobie pacjenta z zapaleniem oskrzeli. Kaszel jest uciążliwy, więc lekarz podaje lek tłumiący kaszel. Kaszel ustępuje. Pacjent oddycha z ulgą. Tyle że infekcja nadal się rozwija, bo nikt jej nie leczył.

W przypadku psa rzucającego się na samochody sytuacja jest identyczna. Metody awersyjne eliminują zachowanie – "kaszel" – ale nie dotykają jego źródła, czyli emocji. Pies przestaje się rzucać, bo strach przed bólem przewyższył strach przed samochodem. Teraz boi się dwóch rzeczy jednocześnie. Ta emocjonalna butelka szampana, nabuzowana z każdym przejeżdżającym autem, w pewnym momencie po prostu wybuchnie. Kiedy? Tego nikt nie wie. Najczęściej w najmniej spodziewanym momencie.

Praca oparta na emocjach psa wygląda zupełnie inaczej. Behawioryst z Gdańska pracujący z border coliem bojącym się samochodów zacznie od czegoś pozornie banalnego: znajdzie dystans, z którego pies widzi auto, ale jeszcze nie reaguje paniką. W tym miejscu zaoferuje psu możliwość odejścia. Samo odejście od stresora jest dla psa nagrodą – ulgą, której szukał przez cały czas. Stopniowo dystans się zmniejsza, pies uczy się, że może regulować swoje emocje inaczej niż przez atak. To żmudna praca. Ale jej efekty są trwałe, bo dotykają przyczyny, nie objawu.

Kiedy pies przestaje ostrzegać

Jest jeszcze jeden skutek uboczny metod awersyjnych, o którym mówi się zadziwiająco rzadko. Psy komunikują swój dyskomfort w bardzo konkretny sposób: warczą, szczerzą zęby, szczekają. To ich alfabet, system ostrzegawczy wypracowany przez tysiące lat ewolucji. Gdy konsekwentnie karzemy psa za używanie tych sygnałów, pies… przestaje ich używać. Logiczne, prawda? Skoro warczenie kończy się bólem, lepiej nie warczeć.

Efekt jest taki, że do gabinetów behawiorystów trafiają psy, które gryzą "bez ostrzeżenia". Opiekunowie są w szoku, bo przecież pies nigdy wcześniej nie warczał. Tyle że warczał – tylko nauczył się, że to niebezpieczne. Zamiast ostrzegać, po prostu gryzie. Paradoksalnie, tłumienie sygnałów ostrzegawczych czyni psa bardziej niebezpiecznym, nie mniej.

Skąd się wzięło "wszystko może być awersją"

To hasło nie pojawiło się przypadkowo. Gdy metody oparte na pozytywnym wzmocnieniu zaczęły zyskiwać popularność, a dobrostan psa stał się realnym tematem w dyskusjach o tresurze, zwolennicy metod awersyjnych musieli jakoś odpowiedzieć. I odpowiedzieli sprytnie: pokazując filmiki, na których zwykła smycz, dotyk czy obroża mogą być dla psa nieprzyjemne. Co jest prawdą. Absolutnie każda rzecz może być awersyjna w nieodpowiednich rękach.

Różnica jest jednak fundamentalna. Smycz używana zgodnie z przeznaczeniem nie jest awersyjna. Dławik jest awersyjny z definicji – został zaprojektowany po to, żeby sprawiać dyskomfort lub ból, bo tylko wtedy działa jako narzędzie wzmocnienia negatywnego. Ktoś, kto twierdzi inaczej, albo nie rozumie warunkowania instrumentalnego, albo zwyczajnie mija się z prawdą. Sam Burrhus Skinner, twórca teorii modyfikacji zachowań, pisał wprost: kara nie eliminuje zachowania z repertuaru – w najlepszym razie uczy, jak jej unikać. A po zaprzestaniu stosowania kar istnieje spore prawdopodobieństwo, że zachowanie powróci.

Narzędzia do sprawiania bólu – nazwijmy rzeczy po imieniu

Jest pewna językowa sztuczka, którą stosują zwolennicy metod awersyjnych: obrożę elektryczną nazywają "e-obrożą", dławik – "smyczą behawioralną". Brzmi niewinnie, niemal naukowo. Ale zmiana nazwy nie zmienia działania. Dlatego coraz więcej behawiorystów proponuje, żeby zamiast "narzędzi awersyjnych" mówić wprost: narzędzia do sprawiania bólu. Bo właśnie na tym polega ich mechanizm działania.

Hasło "wszystko może być awersją" zawiera ziarno prawdy – i właśnie dlatego jest tak skutecznym narzędziem manipulacji. Tak, każdy opiekun powinien uważnie obserwować psa i reagować, gdy ten sygnalizuje dyskomfort. To ważna zasada, niezależnie od metody pracy. Jednak wykorzystywanie tej prawdy do usprawiedliwiania stosowania akcesoriów zaprojektowanych specjalnie do wywoływania bólu to intelektualne nadużycie, które kosztuje wiele psów o wiele więcej niż chwilowy dyskomfort.